kategorie
- filmy (7)
- ogólne (3)
- relacje (5)
- wycieczki po egipcie (2)
Archiwa
- marzec 2009 (1)
- luty 2009 (1)
- listopad 2008 (3)
- październik 2008 (9)
Blogroll
Kolejny dzień to wycieczka fakultatywna “Imhotep” obejmująca Piramidę schodkową
w Sakkarze, Meczet alabastrowy, dzielnicę koptyjską i bazar Khan El Khalili.
Właściwie z tych wszystkich rzeczy interesowała mnie jedynie Sakkara, a
dodatkowo chciałem zobaczyć również piramidy w Dachszur - niestety żadna z
wycieczek nie obejmowała Sakkary i Dachszur jednocześnie.
Piramida w Sakkarze była pierwszą tego typu budowlą w Egipcie - została
zbudowana dla faraona Dżesera około 2650 roku p.n.e. Jej budowniczym był
genialny architekt Imhotep który zaczął od formy mastaby (budynku o nachylonych
do wewnątrz ścaianach i płaskim dachu) następnie na tejże mastabie postawił dwie
następne, a widząc że konstrukcja bez problemu wytrzymuje swój ciężar dołożył
jeszcze trzy kolejne, coraz mniejsze mastaby. Tak powstała pierwsza piramida
schodkowa. Z okolic piramidy można przy dobrej pogodzie ujrzeć piramidę łamaną w
Dachszur - niestety kiedy tam przyjechałem pogoda nie była niestety dobra…
W drodze powrotnej wstąpiliśmy do wytwórni dywanów (Sakkara słynie z wyrobu
tychże) gdzie zatrudnieni są uczniowie którzy pracowicie wiążą węzełki (od 80 do
nawet 140 na centymetr kwadratowy) tworząc z nich naprawdę piękne dywany.
Obserwowanie ich przy pracy było - nie powiem - ciekawe. Dzieciaki wiązały te
supełki z taką szybkością, że trudno było za nimi nadążyć wzrokiem… Same
dywany były również piękne, ale ceny dość zaporowe - nawet kilka tysięcy euro za
duży dywan… Poza tym ciężko byłoby wnieść coś takiego na pokład samolotu
Następny punkt wycieczki to Kair koptyjski - widzieliśmy dwa kościoły: tak zwany
kościół zawieszony nazywany tak ponieważ nie ma on własnych fundamentów - jest
zbudowany na ruinach rzymskiej twierdzy Babilon i jego podłoga jest w
rzeczywistości stropem jednego z pięter twierdzy. Można to zresztą zobaczyć - w
jednym miejscu w podłodze jest otwór przez który można ujrzeć to, co znajduje
się pod świątynią. Sam kościół bardzo przypomina cerkwie prawosławne, na
przodzie świątyni znajduje się ikonostas z ikonami przedstawiającymi świętych.
Dzięki swojej specyficznej budowie, kościół zachował się w doskonałym stanie, w
odróżnieniu od następnej świątyni którą oglądaliśmy - kościoła pod wezwaniem Św.
Sergiusza który wciąż jest niszczona przez wilgoć z wód gruntowych. W kościele
tym, znajduje się krypta zbudowana w miejscu w którym - według tradycji -
zatrzymała się święta rodzina podczas ucieczki do Egiptu. Krypta ta, była
regularnie zalewana przez podnoszące się wody gruntowe, do czasu remontu
świątyni w roku 2000 kiedy kościół został zabezpieczony przed wilgocią. Niestety
zabezpieczenie to nie na wiele się zdało - dziś ściany kościoła znów noszą ślady
wody przesiąkającej z gruntu pod świątynią.
Kolejnym punktem programu była synagoga Ben Ezry - obecnie już nieużywana jako
że w Egipcie osób wyznania mojżeszowego już prawie nie ma. Jednak dzięki
pieniądzom gmin żydowskich z USA, została wyremontowana i można ją podziwiać - a
jest naprawdę piękna.
Po wyjściu z synagogi podjechaliśmy pod “zaprzyjaźniony sklepik” (jak to
określiła Natalia) żeby kupić sobie coś do jedzenia i picia. Niestety sklepik
może i był zaprzyjaźniony, ale na pewno nie był przyjazny. Kiedy próbowałem się
targować jak w każdym innym sklepie, sprzedawca po prostu wyrwał mi z ręki moje
zakupy i wyprosił ze sklepu. Trudno - nie to nie…
Później pojechaliśmy na obiad w restauracji “Fridays” na statku zacumowanym na
Nilu. Jedzenie było nawet smaczne, ale za colę do obiadu zapłaciłem więcej niż
za piwo do kolacji w 4 gwiazdkowym hotelu…
Później autokar zawiózł nas na bazar Khan El Khalili. Dostaliśmy czas wolny, a
autokar pojechał po resztę naszej grupy do hotelu. Nasze bagaże były już w
autobusie - wymeldowaliśmy się z hotelu już rano. Natomiast reszta grupy została
w hotelu i wymeldowywała się właśnie teraz. Sam bazar - podobno najstarszy w
Kairze - podobny do każdego innego bazaru który widziałem w Egipcie. Ruch, gwar,
sprzedawcy próbujący Ci wcisnąć przysłowiowe mydło i powidło. ![]()
Po przyjeździe autobusu pożegnaliśmy Natalię która była naszą przewodniczka
przez ostatnie dni i pojechaliśmy do Sharm El Sheikh.
Podróż przebiegła sprawnie. Co prawda załoga autobusu mówiła tylko po angielsku,
ale w sumie to drobiazg. Po dojechaniu do SSH autokar zatrzymał sie przy jakims
hotelu, do autobusu wszedł milczący człowiek z jakimiś papierami. Podchodził do
każdego i ledwie zrozumiałą angielszczyzną pytał każdego o nazwisko, a następnie
mówił w którym hotelu zostaniemy zakwaterowani i że spotkanie z rezydentką jest
następnego dnia. Hotel przy którym sie zatrzymaliśmy - Amar Sina to hotel w
którym miałem mieszkać przez następne trzy dni. Stwierdziłem to dopiero kiedy
wysiadłem na chwile z autobusu - gość z Eximu nawet słowem nie wspomniał, że
powinienem wysiąść bo stoimy przed moim hotelem. Zresztą bardzo szybko gdzieś
zniknął i wszystkiego musiałem się dowiadywać na własną rękę. Pewnie gdybym nie
wysiadł pojechałbym dalej… Ogólnie dla oddziału Eximu z SSH dwója za
organizację… W pokojach hotelowych czekała na nas kolacja (bułki, wędlina,
ser, owoce) wszystko fajnie, ale nikt nie pomyślał, że te bułki trzeba by jakoś
pokroić i masłem posmarować - nie było sztućców. Drobiazg, ale denerwujący. Było
juz po północy, więc darowałem sobie kolację i poszedłem spać.
Rano poszedłem na śniadanie i obejrzałem sobie hotel. W sumie przyjemny - został
zbudowany w formie arabskiej wioski z ładnymi pokojami i niezłym basenem.
Śniadanie też było w porządku, niestety trzeba uważać na talerze na których się
je - niektóre były po prostu tłuste, niedomyte… Ogólnie ten hotel miał chyba
problemy z czystością - niektórzy ludzie zgłaszali że w ich pokojach na podłodze
jest sporo piasku, pościel była nie pierwszej świeżości. Jednym słowem -
najgorszy z hoteli w których dotąd byłem. Co wcale nie znaczy, że zupełnie do
bani… Przy hotelu nie ma plaży, ale można dojść na plażę publiczną (wstęp
10LE) lub pojechać busikiem kursującym kilka razy dziennie na plażę hotelową
zlokalizowaną kilka kilometrów dalej. W hotelu jest kafejka internetowa (10LE za
pół i 15 za całą godzinę), niewielki sklep spożywczy (towary na półkach z
podanymi cenami), kilka sklepów z pamiątkami. Wieczorem kursuje również bus do
centrum w Naama Bay (2,5 LE). W hotelu jest całkiem niezły basen, bar,
pizzeria… Gdyby nie problemy z czystością byłoby bardzo dobrze.
O godzinie 11:00 przyszła rezydentka - znów osoba dość niekomunikatywna. Nie
dość, że mówiła tak cicho, że trzeba było siedzieć tuż przy niej, żeby w ogóle
coś usłyszeć, to jeszcze cała jej “przemowa” to było “Witam państwa w SSH,
będziecie tu do 27.02, informacje dotyczące wylotu będą wywieszone na tablicy,
kto chce kupić wycieczkę do Jerozolimy?” I to wszystko. W porównaniu z panią Elą
w Hurghadzie to naprawdę było mizernie…
Niektóre osoby z mojej grupy wykupiły wycieczkę do Jerozolimy na następny dzień
(100$ chyba). Ja niestety nie miałem już dostatecznej ilości pieniędzy, więc
stwierdziłem, że te 2 dni w Egipcie które mi pozostały spędzę na plażowaniu.
Hotelowym busikiem pojechałem na plażę - nie była ona duża, ale piaszczysta.
Niestety dno morza było dość kamieniste, więc niezbyt przyjemnie się do niego
wchodziło. Na plaży były leżaki, można było kupić coś do jedzenia i picia - dało
się żyć
Woda w morzu chyba cieplejsza niż w Hurghadzie, ale były spore fale
utrudniające pływanie.
Wieczorem pojechałem jeszcze do Naama Bay, ale dość szybko stamtąd wróciłem -
jeśli ktoś lubi chodzić po sklepach, przesiadywać w barach czy szaleć na
dyskotekach znajdzie tam wiele rozrywek. Ja po prostu przespacerowałem się i
wróciłem taksówką do hotelu.
W nocy obudził mnie ból brzucha - no tak - faraon który dotychczas traktował
mnie łagodnie postanowił w końcu wywrzeć na mnie swoja zemstę. To chyba efekt
tutejszego jedzenia lub wody. Przez cały pobyt nie pilnowałem się specjalnie,
myłem zęby w wodzie z kranu, jadłem wszystko i nie miałem najmniejszych
problemów. Po przyjeździe do SSH - od razu faraon. Kilka innych osób z naszej
grupy, także zakwaterowanych w innych hotelach miało podobne problemy.
Rano kupiłem w aptece Antinal (oczywiście sprzedawca widząc, że jestem chory
podniósł cenę do 25LE i za nic nie chciał opuścić). Dzień przeleżałem w łóżku,
nazajutrz było już dużo lepiej, choć problemy z żołądkiem całkiem się skończyły
dopiero po 3 - 4 dniach.
Następnego dnia mieliśmy wrócić do Polski. Pokoje musieliśmy opuścić do godziny
10:00, kolejne 5 godzin spędziliśmy robiąc ostatnie zakupy i łapiąc ostatnie
promienie egipskiego słońca. O godzinie 15:00 przyjechał po nas autobus, którym
pojechaliśmy na lotnisko zbierając po drodze ludzi z innych hoteli. I po raz
kolejny Exim się nie popisał - w autobusie był przedstawiciel miejscowego biura
mówiący po angielsku tak, że niczego się nie dało zrozumieć. Po przyjeździe na
lotnisko po prostu pokazał ręką w którym kierunku mamy iść i zostawił nas. Sami
musieliśmy sie dowiadywać gdzie należy sie odprawić, jak wypełnić kartę
wyjazdową (i że w ogóle należy ją pobrać). Wylot nota bene został przesunięty z
godziny 18:15 na 20:00 o czym dowiedzieliśmy się dopiero na lotnisku.
Samolot wyleciał o czasie. Na lotnisko w Katowicach przylecieliśmy o godzinie 23:30.
Podsumowując. Wycieczkę uważam za udaną. Exim spisał sie dobrze przez prawie
cały czas - za wyjątkiem SSH gdzie rezydenci i organizacja są po prostu do bani.
Ale da się przeżyć. Jeśli ktoś mnie syta czy polecam to biuro i tę wycieczkę -
odpowiem “tak” zwłaszcza, że od pewnego czasu wzbogacili program o wyjazd do
Jerozolimy z SSH (u mnie był to fakultet, teraz jest w cenie) i rejs po Nilu w
Kairze… Gdyby jeszcze zmienili obsługę w SSH byłoby prawie idealnie.
Jedzenie było bardzo dobre - nawet taki głodomór jak ja, nie musiał dożywiać się
na własną rękę pomimo wyżywienia HB.
Najlepsze oczywiście było w Hurghadzie
- tam śmiało można powiedzieć, że w trzygwiazdkowym Marlin Inn jest
pięciogwiazdkowe wyżywienie.
Właściwie jedyną rzeczą która mnie denerwowała, był fakt, że wciąż ktoś próbował
mnie oszukać przy płaceniu. W banku podczas wymiany pieniędzy, w sklepie, w
pubie… Oczywiście nie znaczy to, że wszyscy Egipcjanie to oszuści, ale płacąc
gdziekolwiek radzę dokładnie przeliczyć czy wszystko się zgadza i twardo żądać swojego.
Do nachalności różnych sprzedawców szybko się przyzwyczaiłem i nauczyłem się ich po prostu ignorować. Do targowania się w sklepach również szybko przywykłem i
zacząłem to traktować nawet jak niezłą zabawę. Początkującym radzę przed
pójściem na targ dobrze się zastanowić co chce się kupić i trzymać się planu.
Targować sie do upadłego - jeśli sprzedawca mimo wszystko nie chce opuścić ceny do poziomu jaki nas interesuje należy po prostu wyjść ze sklepu - podobny towar możemy znaleźć w sąsiednim sklepie, a jego właściciel widząc, że jego sąsiad nic nie wskórał będzie bardziej skłonny do “schodzenia z ceny”.
Osławiona zemsta faraona - jak można przeczytać powyżej w końcu mnie dopadła.
Chyba nie ma reguły na to, czy kogoś trafi czy nie. Jeśłi tak się stanie -
Antinal pomaga dość szybko. A i sama przypadłość - choć nieprzyjemna - jest do
przeżycia…
W każdym razie, ja uważam wycieczkę za bardzo udaną. Było naprawdę wspaniale i
wiem jedno:
JA TU JESZCZE WRÓCĘ! ![]()
Nefretete A z Exim Tours cz.4
26/10/08
I kolejna częśc z relacji, już w Kairze!
Po obiedzie pojechaliśmy na zwiedzanie wschodniego brzegu Nilu - konkretnie
świątyni w Karnaku. Sama świątynia to największy zachowany kompleks w Egipcie.
Pierwsze budowle na tym terenie powstały 4500 lat temu, a sama świątynia była
rozbudowywana i przebudowywana przez prawie 2000 lat. Wielkie wrażenie robi
szczególnie sala hypostylowa z lasem ogromnych kolumn podtrzymujących niegdyś
strop. Zachowały się tam również dwa obeliski - w tym jeden postawiony przez
królową Hatszepsut - będący najwyższym obeliskiem w historii. Wyższy od niego
byłby dopiero obelisk który do dziś leży nieukończony w kamieniołomie w Asuanie.
Samo obelisk nosi ślady przeróbek wykonanych przez Totmesa - następcę Hatszepsut
który rozkazał usunąć z niego imię swojej poprzedniczki i zastąpić je swoim.
Reszta z ponad trzydziestu obelisków które niegdyś stały w świątyni stoi teraz
na placach Rzymu, Paryża czy Londynu.
Po powrocie ze zwiedzania pozostaliśmy na statku i po kolacji ruszyliśmy na
dworzec żeby złapać pociąg do Kairu. Co do samego pociągu - grupa która
przyjechała na statek z Kairu właśnie, opowiadała straszna historie o tym, jak
to w egipskich pociągach jest. W rzeczywistości nie było źle. Jechaliśmy
pierwszą klasą w przedziałach z siedzeniami które można było lekko wysunąć. Sam
przedział był dużo większy niż te w naszych pociągach - osoby siedzące naprzeciw
siebie mogły spokojnie wyciągnąć nogi. Po wagonach chodzi osoba sprzedająca
herbatę, kawę i przekąski. Ciekawostka - przedziały nie maja drzwi. Jedyną
niedogodnością tak naprawdę jest brud który panuje w pociągu. Ale naprawdę nie
jest źle. Zwłaszcza po tym, jak zobaczyłem jak wygląda klasa druga - plastikowe
siedzenia jak w naszych pociągach podmiejskich, brak okien i wszechobecny brud.
W porównaniu z tym, jechaliśmy luksusowo… Nawet toalety były - szczerze mówiąc
- lepsze niż w naszym PKP ![]()
O dziwo - pociąg dotarł na dworzec w Kairze sporo przed czasem (ewenement według
Natalii - zwykle sie spóźnia). W czasie przejazdu do hotelu po raz pierwszy
zobaczyłem na własne oczy piramidę. I to jak! Był wczesny ranek, mgła albo smog.
Natalia powiedziała w pewnym momencie: “na lewo widza państwo piramidę”
Spojrzałem spodziewając się zobaczyć na horyzoncie charakterystyczny trójkątny
kształt i… nie zobaczyłem nic. Dopiero po paru sekundach dotarło do mnie, że
ten ogromny cień majaczący we mgle to piramida Chufu. Wrażenie było niesamowite
- spodziewałem się malutkiej sylwetki na horyzoncie, a ujrzałem kolosa
zajmującego swoim ogromem całe pole widzenia.
Hotel do którego przyjechaliśmy - Oasis był hotelem 4-gwiazdkowym. Zakwaterowano nas w bungalowach leżących w rozległym ogrodzie. Muszę powiedzieć, że w porównaniu z tym hotelem rzekomo 5 gwiazdkowy statek wydawał się bardzo skromny.
Pokoje były naprawdę bardzo ładne i wygodnie urządzone. Po szybkim prysznicu, śniadaniu - jedzenie znów pyszne, prawie jak w Hurghadzie - pojechaliśmy zobaczyć to, co już od dawna jest symbolem tego kraju - piramidy!
Na początku autokar zatrzymał się w pewnej odległości od piramid w punkcie widokowym, z którego mogliśmy zrobić zdjęcia wszystkim trzem budowlom.
Pogoda nie była najlepsza, w powietrzu wisiała mgła, ale widoczność była na tyle dobra, że zdjęcia wyszły.
Natalia opowiadała nam o historii i budowie piramid.
Ciekawa była historia budowy piramidy Menkaure - otóż po śmierci faraona budowę przerwano z powodu braku funduszy. Wtedy jedna z małżonek faraona aby zebrać pieniądze na budowę grobowca zatrudniła się w domu publicznym. Ceną za jej “usługi” była równowartość jednego kamiennego bloku z których piramida jest zbudowana. Efekt? No cóż - piramida została ukończona
Po zrobieniu zdjęć autokar przejechał na parking pod piramidami i dostaliśmy jak zwykle czas na zwiedzanie. Do piramid można wejść, ale niestety w przypadku wielkiej piramidy ilość osób wchodzących jest ograniczona - wpuszczają określoną
liczbę zwiedzających (chyba 150) dwa razy dziennie.
Same piramidy - cóż można o nich powiedzieć? Ogromne, niesamowite, potężne, powalające… Nie sposób nie podziwiać ludzi którzy 45 wieków temu potrafili wznieść budowle które nawet i dziś ciężko byłoby zbudować. Nie sposób nie podziwiać potęgi człowieka, który potrafił skłonić swój lud do takiego wysiłku.
Nie można nie pochylić czoła przed mistrzostwem budowniczych piramid - przez 4500 lat ich budowle osiadły w ziemi na zaledwie kilka centymetrów.
Jak już wspomniałem do piramid można wchodzić, ale jako że mieliśmy mało czasu, wolałem obejrzeć coś innego: muzeum barki solarnej.
Barka ta - ceremonialna łódź faraona Chufu odkryta została w roku 1954 w skalnej niszy opodal wielkiej piramidy. Ponad 10 lat trwało jej składanie z ponad 1200 fragmentów oraz konserwacja. Efekt jest niezwykły - łódź zachowała się w tak doskonałym stanie, jakby zbudowano ją zaledwie wczoraj… Wejście do muzeum kosztuje - o ile mnie pamięć nie myli - 10LE. W środku trzeba założyć dość komicznie wyglądające filcowe osłony na buty. Sama barka ma długość ponad 40 metrów i stoi w samym środku muzeum. Kolejne kondygnacje otaczają ją, więc można
obejrzeć łódź z naprawdę bliska i naprawdę dokładnie. Wystawiane są także
przedmioty znalezione razem z nią - liny, fragmenty osprzętu itp. Na najniższym poziomie można obejrzeć wykutą w skale niszę przykrytą ogromnymi kamiennymi blokami w której barka spoczywała przez 4,5 tysiąca lat. Jest też sporo zdjęć przedstawiających odkrycie i konserwację łodzi. Ogólnie - bardzo ciekawa rzecz.
Szczerze polecam.
Później podjechaliśmy kawałek, aby obejrzeć sfinksa. Kiedy go pierwszy raz
zobaczyłem jego twarz obsiadły czarne ptaki, przez co oblicze faraona wyglądało jak piegowate ![]()
Sam sfinks jaki jest - każdy widzi. Niestety coraz bardziej realna staje się
groźba, że już niedługo nie będzie czego oglądać. Na skutek zanieczyszczenia powietrza skała z której wykonano posąg wietrzeje i kruszy się w bardzo szybkim tempie. Podejmowane próby zabezpieczenia sfinksa przed wpływem warunków
atmosferycznych jak dotąd nie przynoszą rezultatów.
Natalia pokazała nam miejsce, gdzie można sobie zrobić zdjęcie podobne do tego, które jakiś czas temu wygrało konkurs na najlepsze zdjęcie z wakacji na jednym z portali turystycznych. Otóż - można tak stanąć, że człowiek będzie wyglądał jakby dawał sfinksowi buziaka
Po obejrzeniu sfinksa pojechaliśmy do wytwórni perfum (o, przepraszam -
esencji). Tu zdarzyła się najbardziej nieprzyjemna rzecz w czasie całego mojego pobytu. Kiedy grupa szła do tejże wytwórni, podeszła do nas mała dziewczynka sprzedająca pocztówki. Takich dzieci można spotkać sporo w każdym miejscu gdzie jest dużo turystów. Ta jednak z jakiegoś powodu upodobała sobie moją skromną osobę. Zaczęła za mną iść, ja szedłem dalej sądząc, że po paru metrach da spokój i sobie pójdzie. Jednak ona dalej za mną szła uczepiwszy się mojej koszuli. Ja
nie bardzo wiedziałem co robić, inni wycieczkowicze żartowali sobie, że
znalazłem sobie adoratorkę w Egipcie. Po jakimś czasie podszedł do nas jakiś mężczyzna (sądziłem, że to jej ojciec lub jakiś opiekun) i zabrał ją ode mnie.
Wchodziliśmy już do wytwórni perfum, więc straciłem małą z oczu. Dopiero dużo później osoby które szły za mną powiedziały mi, że ten człowiek odprowadził dziewczynkę na drugą stronę ulicy i tam zaczął ją bić - nie wiem dlaczego. Do dziś strasznie mi żal tego dziecka. Gdybym wiedział, że tak się to skończy kupiłbym od niej te pocztówki. Miałem przez to zepsuty humor na resztę dnia…
Wytwórnia perfum - zostaliśmy poczęstowani kawą i herbatą, dawano nam do powąchania różne zapachy i oczywiście podobnie jak w manufakturze alabastru i wytwórni papirusu w Luksorze (o której zapomniałem wspomnieć w poprzedniej części relacji) standard: “specjalne ceny tylko dla Państwa, jedyne i oryginalne esencje zapachowe, nie kupujcie gdzie indziej bo inne to podróbki” i tak dalej. Mnie osobiście niespecjalnie to interesowało…
Po wytwórni perfum, kolej przyszła na muzeum egipskie. Niestety trudno tu mówić o zwiedzaniu - mieliśmy na to tylko 2 godziny, a żeby zobaczyć wszystko potrzeba by kilku dni. Natalia pokazała nam najważniejsze eksponaty (paleta Nermera -najstarszy eksponat w muzeum liczący sobie ponad 5 tysięcy lat - przedmioty z grobowca Tutenchamona, posągi kilku faraonów) potem dostaliśmy trochę czasu dla
siebie. Kusiło mnie żeby zobaczyć mumie władców, ale cena wejścia do sali - 70LE
- była dla mnie trochę za wysoka. Kończyły mi się już pieniądze. Zamiast tego obejrzałem mumie zwierząt wystawiane nieopodal, oraz dokładniej wyposażenie grobowca Tutenchamona. Kiedy pojadę do Egiptu następny raz, będę musiał poświecić dzień lub dwa na samo muzeum…
Po opuszczeniu muzeum wróciliśmy do hotelu. Wykupiłem u Natalii wycieczkę “Imhotep” na następny dzień obejmującą Piramidę schodkową w Sakkarze, dzielnicę koptyjską, meczet alabastrowy i bazar Khan El Khalili. Wycieczka w cenniku kosztowała 55$, ale jeśli ktoś był w Abu Simbel, dostawał 5$ rabatu.
Po kolacji położyłem się spać - nocna podróż pociągiem i całodzienne zwiedzanie dały o sobie w końcu znać.
cdn…
Nefretete A z Exim Tours cz.3
23/10/08
I kolejna już trzecia część relacja z resju po Nilu Nefretete A wynaleziona na forum gazeta.pl.
Szósty dzień wycieczki zacząłem o godzinie 6:00 zwiedzaniem świątyni Sobka - boga z głową krokodyla w Kom Ombo. Świątynia była o tyle interesująca, że była jakby podwójna - jedna część była poświęcona Sobkowi, druga - patronowi lekarzy.
Sama świątynia - choć bardzo zrujnowana - była ciekawa, ale zwiedzanie nie
trwało długo. Potem poszliśmy na śniadanie, a statek tymczasem wyruszył do Edfu.
Do Edfu dotarliśmy po obiedzie. Na nabrzeżu czekały już na nas dorożki - do każdej załadowano po 4 osoby co mnie - obdarzonemu dość długimi nogami sprawiło trochę problemów. Po prostu było baaardzo ciasno. Na szczęście przejazd to tylko 15 minut.
Sama świątynia w Edfu to najlepiej zachowana świątynia w całym Egipcie. Dotrwała do naszych czasów w stanie prawie nienaruszonym dlatego, że była dosłownie przysypana śmieciami - na jej terenie przez całe wieki było wysypisko odpadków które uchroniło bydowlę przed dewastacją. Jak widać - czasem nawet śmieci mogą być przydatne ![]()
Świątynia poświęcona jest Horusowi i jest naprawdę imponująca. Wewnątrz można podziwiać piękne malowidła. W jednym z pylonów jest korytarz przechodzący przez cały pylon na wylot. Jeśli się stanie w tym korytarzu i owieje człowieka wiatr, to znaczy że tchnął na Ciebie bóg Horus i będzie się mieć szczęście w życiu. Ja musiałem trochę poczekać, ale w końcu Horus dał się ubłagać i stwierdził, że trochę szczęścia mi się przyda ![]()
Po powrocie na statek mieliśmy czas wolny. Po kolacji statek wypłynął do Luksoru przechodząc przez śluzę w Eśnie - bardzo ciekawy widok - statek jest opuszczany o około 6 metrów.
Dzień siódmy wycieczki był ostatnim na statku. Po śniadaniu musieliśmy się wykwaterować z naszych kabin i wystawić bagaże do recepcji. Bagaż podręczny można było złożyć w kilku wyznaczonych kabinach (m.in. tej którą zajmowałem :-). Po przepłynięciu motorówką na drugi brzeg Nilu pojechaliśmy autokarem do doliny królów. Na miejscu dostaliśmy bilety uprawniające nas do wejścia do trzech grobowców (za wyjątkiem grobowca Tutenchamona który był dodatkowo płatny). Ja poszedłem za radą przewodniczki i zwiedziłem grobowce Tutmozisa III i Ramzesów I i III. W grobowcach jest bardzo duszno - po kilku minutach byłem zlany potem, więc jeśli ktoś wybiera się tam latem - serdecznie mu współczuję.:-) Jednak piękne dekoracje grobowców (szczególnie w grobowcu Ramzesa I) z idealnie zachowanymi kolorami są warte tych niewygód. Niestety na całą dolinę królów mieliśmy niespełna godzinę czasu - o wiele za mało. Ostatni grobowiec musiałem oglądać w nieco przyspieszonym tempie…
Bilet - jak już wspomniałem - uprawnia do wejścia do trzech grobowców. Przy wejściu strażnik odrywa jeden z rogów biletu oznaczając tym ile już zwiedziłeś. W grobowcach jest absolutny zakaz fotografowania i filmowania. Podobno zakaz ten można “obejść” za pomocą hojnego bakszysza - mnie się nie udało…
Następny punkt programu to świątynia Hatszepsut - kobiety faraona. Świątynia została zniszczona przez jej następcę - Totmesa III. Jest ona rekonstruowana - między innymi przez polskich archeologów. Jest ona znana również z innego powodu - to właśnie tam miał w 1997 roku miejsce zamach w trakcie którego islamscy fanatycy zabili ponad 50 zagranicznych turystów. Sama świątynia - jak już wspomniałem - jest rekonstruowana. Widziana z daleka nie robi takiego wrażenia - praktycznie ginie wśród otaczających ją skał - dopiero z bliska widać jej wielkość. Schody prowadzą na trzy kolejne tarasy aż do właściwej świątyni leżącej na samej górze. Ta właśnie część jest rekonstruowana przez polaków. Ponad świątynią jest miejsce gdzie polski zespół prowadzi prace przy ogromnej skale wiszącej nad świątynią. Skała ta na skutek wietrzenia może się oberwać i runąć w dół niszcząc budowlę. Sam widok z najwyższego tarasu jest wspaniały - widać płynący w dali Nil, pustynię przechodzącą w pola uprawne. Dookoła w skałach otaczających dolinę widać wejścia do grobowców dostojników. Ciekawy był również widok wioski która została zbudowana bezpośrednio na grobowcach - ludzie praktycznie w nich mieszkali.
Dopiero niedawno zaczęto ich stamtąd wysiedlać. Wioska ma zostać zburzona, a do grobowców wejdą ekipy archeologów.
Jeśli wybieracie się tam - radzę zabrać ciemne okulary. Blask słońca odbitego od piasku i skał jest trudny do zniesienia. Również temperatura powietrza była bardzo wysoka - ponad 30 stopni (koniec lutego). W lipcu może być nawet 60 stopni - podobno ludzie którzy tu przyjeżdżają latem, często nawet nie wysiadają z autokarów tylko oglądają świątynię z daleka…
Ostatnim punktem wycieczki na zachodni brzeg Nilu były odwiedziny w manufakturze alabastru. tu - w odróżnieniu od wizyt w zabytkach - mieliśmy na oglądanie tyle czasu ile chcieliśmy. Normalka…
Inna sprawa, że do oglądania jest tam niewiele - ot tandeta dla turystów jakiej pełno na każdym bazarze. Oczywiście przewodniczka dała nam wykład, że “tylko tutaj kupicie Państwo prawdziwy alabaster - gdzie indziej same podróbki. I tylko tutaj dla Państwa są specjalne ceny…” Co do oryginalności alabastru - oglądałem niektóre figurki i wątpię, żeby prawdziwy alabaster dało się zarysować paznokciem
Również ceny były niezbyt zachęcające…
Później jeszcze tylko kolosy Memnona (5 minut na zrobienie zdjęć) i oglądane z okien autokaru mijane właśnie Ramesseum i powrót na statek na obiad.
cdn.
Nefretete A z Exim Tours cz.2
22/10/08
I kolejna część relacji wycieczki objazdowej po Egipcie Nefretete A.
Kolejny dzień - pobudka o 4:00 i wyjazd do Asuanu autobusem. Z hotelu dostaliśmy
tzw. breakfast box czyli pudełko ze śniadaniem. Autobus pojechał na duży plac,
gdzie formował sie konwój. Z tego co mówiła nam poznana właśnie przewodniczka -
Natalia, podróże w konwojach nie mają już na celu ochrony turystów przed
ewentualnymi zamachami (utworzono je po zamachach w roku 1997), a jedynie
uporządkowanie ruchu turystycznego w Egipcie. W trakcie przejazdu można
podziwiać niezwykły widok gór czerwonych - autobusy jadą drogą wijącą się
wąwozem wśród nagich skał. Dookoła żadnej roślinności, nie widać żadnych
zwierząt - po prostu pustynia. Później konwój wjeżdża na rolnicze obszary
nawadniane kanałami doprowadzającymi wodę z Nilu. Wreszcie można obejrzeć jak
wygląda prawdziwy Egipt, jak naprawdę żyją tam ludzie. Konwój przejeżdża przez
miasta, dookoła widać ludzi pracujących na polach uprawnych ich domy itp…
Widoki - przyznam - dość egzotyczne
Właśnie był czas zbioru trzciny cukrowej
i drogą jeździło mnóstwo pojazdów wyładowanych tą rośliną. Natalia cały czas
opowiadała o życiu w Egipcie, o zwyczajach tam panujących, zwracała uwagę na
mijane właśnie ciekawe rzeczy. Do Asuanu dojechaliśmy około godziny (jeśli
dobrze sobie przypominam) 16:00. Zatrzymaliśmy się w kamieniołomie, gdzie grupa
poszła oglądać niedokończony obelisk. Gdyby udało się go ukończyć byłby
największy w Egipcie. Rzeczywiście - robi wrażenie. Później pojechaliśmy na
statek który miał nas przewieźć do Luksoru - M/S Crocodillo.
Sam statek był według planu wycieczki 5-gwiazdkowy. Nie wiem, czy tak było w
istocie, ale kabiny były naprawdę wygodne. Jednak tu nastąpił pierwszy zgrzyt -
dostałem kabinę na samym tyle statku. I tu moja rada - jeśli dostaniecie takową
zróbcie co tylko się da, żeby ją zmienić. Nie chodzi mi bynajmniej o to, że
zamiast dużego okna z drzwiami balkonowymi w tych kabinach są tylko małe
okienka, ale o hałas i wibracje silnika znajdującego się bezpośrednio pod
kabinami. Jeśli - tak jak ja - żeby się wyspać potrzebujecie ciszy, nie
wypoczniecie. Już w czasie postoju dźwięk silnika jest bardzo dokuczliwy, a w
czasie rejsu jest jeszcze gorzej. Hałas i wibracje bardzo utrudniają zaśnięcie.
Ja próbowałem załatwić przez Natalię (przewodniczkę) zmianę kabiny - dostałem jedynie wzruszenie ramionami i odpowiedź, że w jej kabinie jest jeszcze głośniej. Bez komentarza…
Ciekawa rzecz - w kabinach na dziobie statku zakwaterowani byli Anglicy, Niemcy i Holendrzy. Polacy mieli w większości kabiny na rufie.
O 19:30 kolacja - jedzenie dobre, choć po Hurghadzie wszystkie inne hotele wydają sie mieć gorsze jedzenie
Jedynie kelnerzy poruszali się mniej więcej z prędkością dryfu kontynentalnego - ale już następnego dnia było OK - może po prostu mieli gorszy dzień…
W każdym razie po wykupieniu fakultatywnej wycieczki do Abu Simbel (65$)
postanowiłem pójść wcześniej spać - następnego dnia pobudka miała być o 3:30
Kolejny dzień to pobudka o godzinie 3:30. W recepcji czekały już breakfast boxy, a na nabrzeżu autobus, którym grupa wyjechała do Abu Simbel. Trudno mi powiedzieć, dlaczego musieliśmy wyjechać aż tak wcześnie. Nasza przewodniczka twierdziła, że to i tak najpóźniejszy konwój zmierzający do Abu Simbel, aczkolwiek w drodze powrotnej około godziny 13:00 widzieliśmy inny konwój jadący w przeciwnym kierunku, więc można tam dojechać nie wstając w środku nocy.
W każdym razie świątynie są warte wczesnej pobudki. Najpierw Natalia
opowiedziała nam o ich historii, oraz o całym procesie ich przenoszenia na wyżej położony teren, aby uchronić je przed zalaniem przez podnoszące się wody jeziora Nasera. Później mieliśmy około godziny na zwiedzanie świątyń na własną rękę.
Same wnętrza świątyń są naprawdę przepiękne, niestety fotografowanie wewnątrz jest surowo zabronione.
Podczas drogi powrotnej mieliśmy okazję oglądać fatamorganę - wyglądało to tak,jakby na horyzoncie było ogromne jezioro. Niestety na zdjęciach nie wyszła ![]()
Mieliśmy też okazję wyjść na zewnątrz i pochodzić po pustyni - jeden z autokarów firmy która nas wiozła zepsuł się i nasz również się zatrzymał. Zaskoczeniem dla mnie było, że na piaszczystej pustyni piasek wcale nie jest - jak można by się było spodziewać - miękki i sypki. to raczej twarda skorupa którą trudno rozbić butem… Ot, ciekawostka.
Ciekawy był również widok jednego z kanałów projektu Toshka - Egipcjanie kopią kanały nawadniające prowadzące na pustynię próbując stworzyć sztuczne oazy w których będzie można uprawiać ziemię dzięki wodzie z jeziora Nasera. Wzdłuż drogi można obserwować doświadczalne poletka na których prowadzone są próbne uprawy w celu sprawdzenia jakie rośliny dadzą najlepsze plony w tych warunkach - podobno rezultaty są bardzo obiecujące.
Po powrocie na statek około godziny 15:00 poszliśmy na obiad. Część grupy
pojechała na wycieczki fakultatywne: zwiedzanie wielkiej tamy, oraz do wioski nubijskiej. Ja sobie darowałem. Popołudnie spędziłem spacerując po Asuanie.
Po kolacji statek wypłynął do Kom Ombo.
cdn..