I kolejna częśc z relacji, już w Kairze!

Po obiedzie pojechaliśmy na zwiedzanie wschodniego brzegu Nilu - konkretnie
świątyni w Karnaku. Sama świątynia to największy zachowany kompleks w Egipcie.
Pierwsze budowle na tym terenie powstały 4500 lat temu, a sama świątynia była
rozbudowywana i przebudowywana przez prawie 2000 lat. Wielkie wrażenie robi
szczególnie sala hypostylowa z lasem ogromnych kolumn podtrzymujących niegdyś
strop. Zachowały się tam również dwa obeliski - w tym jeden postawiony przez
królową Hatszepsut - będący najwyższym obeliskiem w historii. Wyższy od niego
byłby dopiero obelisk który do dziś leży nieukończony w kamieniołomie w Asuanie.
Samo obelisk nosi ślady przeróbek wykonanych przez Totmesa - następcę Hatszepsut
który rozkazał usunąć z niego imię swojej poprzedniczki i zastąpić je swoim.
Reszta z ponad trzydziestu obelisków które niegdyś stały w świątyni stoi teraz
na placach Rzymu, Paryża czy Londynu.

Po powrocie ze zwiedzania pozostaliśmy na statku i po kolacji ruszyliśmy na
dworzec żeby złapać pociąg do Kairu. Co do samego pociągu - grupa która
przyjechała na statek z Kairu właśnie, opowiadała straszna historie o tym, jak
to w egipskich pociągach jest. W rzeczywistości nie było źle. Jechaliśmy
pierwszą klasą w przedziałach z siedzeniami które można było lekko wysunąć. Sam
przedział był dużo większy niż te w naszych pociągach - osoby siedzące naprzeciw
siebie mogły spokojnie wyciągnąć nogi. Po wagonach chodzi osoba sprzedająca
herbatę, kawę i przekąski. Ciekawostka - przedziały nie maja drzwi. Jedyną
niedogodnością tak naprawdę jest brud który panuje w pociągu. Ale naprawdę nie
jest źle. Zwłaszcza po tym, jak zobaczyłem jak wygląda klasa druga - plastikowe
siedzenia jak w naszych pociągach podmiejskich, brak okien i wszechobecny brud.
W porównaniu z tym, jechaliśmy luksusowo… Nawet toalety były - szczerze mówiąc
- lepsze niż w naszym PKP :-)
O dziwo - pociąg dotarł na dworzec w Kairze sporo przed czasem (ewenement według
Natalii - zwykle sie spóźnia). W czasie przejazdu do hotelu po raz pierwszy
zobaczyłem na własne oczy piramidę. I to jak! Był wczesny ranek, mgła albo smog.
Natalia powiedziała w pewnym momencie: “na lewo widza państwo piramidę”
Spojrzałem spodziewając się zobaczyć na horyzoncie charakterystyczny trójkątny
kształt i… nie zobaczyłem nic. Dopiero po paru sekundach dotarło do mnie, że
ten ogromny cień majaczący we mgle to piramida Chufu. Wrażenie było niesamowite
- spodziewałem się malutkiej sylwetki na horyzoncie, a ujrzałem kolosa
zajmującego swoim ogromem całe pole widzenia.

Hotel do którego przyjechaliśmy - Oasis był hotelem 4-gwiazdkowym. Zakwaterowano nas w bungalowach leżących w rozległym ogrodzie. Muszę powiedzieć, że w porównaniu z tym hotelem rzekomo 5 gwiazdkowy statek wydawał się bardzo skromny.
Pokoje były naprawdę bardzo ładne i wygodnie urządzone. Po szybkim prysznicu, śniadaniu - jedzenie znów pyszne, prawie jak w Hurghadzie - pojechaliśmy zobaczyć to, co już od dawna jest symbolem tego kraju - piramidy!

Na początku autokar zatrzymał się w pewnej odległości od piramid w punkcie widokowym, z którego mogliśmy zrobić zdjęcia wszystkim trzem budowlom.

Pogoda nie była najlepsza, w powietrzu wisiała mgła, ale widoczność była na tyle dobra, że zdjęcia wyszły.

Natalia opowiadała nam o historii i budowie piramid.
Ciekawa była historia budowy piramidy Menkaure - otóż po śmierci faraona budowę przerwano z powodu braku funduszy. Wtedy jedna z małżonek faraona aby zebrać pieniądze na budowę grobowca zatrudniła się w domu publicznym. Ceną za jej “usługi” była równowartość jednego kamiennego bloku z których piramida jest zbudowana. Efekt? No cóż - piramida została ukończona :-)

Po zrobieniu zdjęć autokar przejechał na parking pod piramidami i dostaliśmy jak zwykle czas na zwiedzanie. Do piramid można wejść, ale niestety w przypadku wielkiej piramidy ilość osób wchodzących jest ograniczona - wpuszczają określoną
liczbę zwiedzających (chyba 150) dwa razy dziennie.
Same piramidy - cóż można o nich powiedzieć? Ogromne, niesamowite, potężne, powalające… Nie sposób nie podziwiać ludzi którzy 45 wieków temu potrafili wznieść budowle które nawet i dziś ciężko byłoby zbudować. Nie sposób nie podziwiać potęgi człowieka, który potrafił skłonić swój lud do takiego wysiłku.
Nie można nie pochylić czoła przed mistrzostwem budowniczych piramid - przez 4500 lat ich budowle osiadły w ziemi na zaledwie kilka centymetrów.
Jak już wspomniałem do piramid można wchodzić, ale jako że mieliśmy mało czasu, wolałem obejrzeć coś innego: muzeum barki solarnej.

Barka ta - ceremonialna łódź faraona Chufu odkryta została w roku 1954 w skalnej niszy opodal wielkiej piramidy. Ponad 10 lat trwało jej składanie z ponad 1200 fragmentów oraz konserwacja. Efekt jest niezwykły - łódź zachowała się w tak doskonałym stanie, jakby zbudowano ją zaledwie wczoraj… Wejście do muzeum kosztuje - o ile mnie pamięć nie myli - 10LE. W środku trzeba założyć dość komicznie wyglądające filcowe osłony na buty. Sama barka ma długość ponad 40 metrów i stoi w samym środku muzeum. Kolejne kondygnacje otaczają ją, więc można
obejrzeć łódź z naprawdę bliska i naprawdę dokładnie. Wystawiane są także
przedmioty znalezione razem z nią - liny, fragmenty osprzętu itp. Na najniższym poziomie można obejrzeć wykutą w skale niszę przykrytą ogromnymi kamiennymi blokami w której barka spoczywała przez 4,5 tysiąca lat. Jest też sporo zdjęć przedstawiających odkrycie i konserwację łodzi. Ogólnie - bardzo ciekawa rzecz.
Szczerze polecam.

Później podjechaliśmy kawałek, aby obejrzeć sfinksa. Kiedy go pierwszy raz
zobaczyłem jego twarz obsiadły czarne ptaki, przez co oblicze faraona wyglądało jak piegowate :-)
Sam sfinks jaki jest - każdy widzi. Niestety coraz bardziej realna staje się
groźba, że już niedługo nie będzie czego oglądać. Na skutek zanieczyszczenia powietrza skała z której wykonano posąg wietrzeje i kruszy się w bardzo szybkim tempie. Podejmowane próby zabezpieczenia sfinksa przed wpływem warunków
atmosferycznych jak dotąd nie przynoszą rezultatów.
Natalia pokazała nam miejsce, gdzie można sobie zrobić zdjęcie podobne do tego, które jakiś czas temu wygrało konkurs na najlepsze zdjęcie z wakacji na jednym z portali turystycznych. Otóż - można tak stanąć, że człowiek będzie wyglądał jakby dawał sfinksowi buziaka :-)

Po obejrzeniu sfinksa pojechaliśmy do wytwórni perfum (o, przepraszam -
esencji). Tu zdarzyła się najbardziej nieprzyjemna rzecz w czasie całego mojego pobytu. Kiedy grupa szła do tejże wytwórni, podeszła do nas mała dziewczynka sprzedająca pocztówki. Takich dzieci można spotkać sporo w każdym miejscu gdzie jest dużo turystów. Ta jednak z jakiegoś powodu upodobała sobie moją skromną osobę. Zaczęła za mną iść, ja szedłem dalej sądząc, że po paru metrach da spokój i sobie pójdzie. Jednak ona dalej za mną szła uczepiwszy się mojej koszuli. Ja
nie bardzo wiedziałem co robić, inni wycieczkowicze żartowali sobie, że
znalazłem sobie adoratorkę w Egipcie. Po jakimś czasie podszedł do nas jakiś mężczyzna (sądziłem, że to jej ojciec lub jakiś opiekun) i zabrał ją ode mnie.
Wchodziliśmy już do wytwórni perfum, więc straciłem małą z oczu. Dopiero dużo później osoby które szły za mną powiedziały mi, że ten człowiek odprowadził dziewczynkę na drugą stronę ulicy i tam zaczął ją bić - nie wiem dlaczego. Do dziś strasznie mi żal tego dziecka. Gdybym wiedział, że tak się to skończy kupiłbym od niej te pocztówki. Miałem przez to zepsuty humor na resztę dnia…

Wytwórnia perfum - zostaliśmy poczęstowani kawą i herbatą, dawano nam do powąchania różne zapachy i oczywiście podobnie jak w manufakturze alabastru i wytwórni papirusu w Luksorze (o której zapomniałem wspomnieć w poprzedniej części relacji) standard: “specjalne ceny tylko dla Państwa, jedyne i oryginalne esencje zapachowe, nie kupujcie gdzie indziej bo inne to podróbki” i tak dalej. Mnie osobiście niespecjalnie to interesowało…

Po wytwórni perfum, kolej przyszła na muzeum egipskie. Niestety trudno tu mówić o zwiedzaniu - mieliśmy na to tylko 2 godziny, a żeby zobaczyć wszystko potrzeba by kilku dni. Natalia pokazała nam najważniejsze eksponaty (paleta Nermera -najstarszy eksponat w muzeum liczący sobie ponad 5 tysięcy lat - przedmioty z grobowca Tutenchamona, posągi kilku faraonów) potem dostaliśmy trochę czasu dla
siebie. Kusiło mnie żeby zobaczyć mumie władców, ale cena wejścia do sali - 70LE
- była dla mnie trochę za wysoka. Kończyły mi się już pieniądze. Zamiast tego obejrzałem mumie zwierząt wystawiane nieopodal, oraz dokładniej wyposażenie grobowca Tutenchamona. Kiedy pojadę do Egiptu następny raz, będę musiał poświecić dzień lub dwa na samo muzeum…

Po opuszczeniu muzeum wróciliśmy do hotelu. Wykupiłem u Natalii wycieczkę “Imhotep” na następny dzień obejmującą Piramidę schodkową w Sakkarze, dzielnicę koptyjską, meczet alabastrowy i bazar Khan El Khalili. Wycieczka w cenniku kosztowała 55$, ale jeśli ktoś był w Abu Simbel, dostawał 5$ rabatu.
Po kolacji położyłem się spać - nocna podróż pociągiem i całodzienne zwiedzanie dały o sobie w końcu znać.

cdn…

Posted in: relacje by Kapitan |

Brak komentarzy »

Jeszcze nikt tego nie skomentował.

Kanał RSS dla tego wpisu. TrackBack URL

Dodaj komentarz

Musisz się zalogować, żeby móc dodawać komentarze.